wtorek, 29 grudnia 2015

Rozdział 4

Wydawało im się, że podróż do jednego z najpotężniejszych państw Europy trwa całe wieki, jednak od wyjazdu z dworu francuskiego minęło zaledwie parę godzin,  a księżniczka już miała dość.
Odsłoniła małe zasłonki znajdujące się na okrągłym otworze i wyjrzała przez nie.
Jechali przez las, każdy wysoko urodzony wiedział, że jest to dość ryzykowna droga ze względu na rabusiów grasujących na tych terenach jednak była ona też najkrutszom.

        Ściemniało się więc czarnowłosa miała obawy.
 I czego się dziwić była młoda, chciała żyć długo i szczęśliwie jak to w bajkach bywa, jednak ten świat nie raz pokazał jej, że tu nie można mieć szczęśliwego zakończenia.
Miejsce po jej lewej stronie zajmowała Samanta. 
Anabell często zazdrościła przyjaciółce urody. Jej zazdrość była godna politowania. Jednak kim by była jeśli by się do tego przyznała?
Przed nimi natomiast siedziała Maria dyskutująca o czymś z lordem Leithem.
Można by pomyśleć, iż dziewczyna flirtowała  z zastępcą jednak Anabell za dobrze ją znała aby mieć takie podejrzenia.
 Anabell nie mogła znieść wewnętrznego przeczucia, że coś jest z nim nie tak.
-Lordzie Leith, skąd właściwie Pan pochodzi-Anabell zapytała z przesadną uprzejmością.
Ten przerwał rozmowę z jej damą dworu i spojrzał na dziewczynę z tajemniczym błyskiem w oku.
-Zanim pojawiłem się na dworze zamieszkiwałem wschodnią cześć Francji-odpowiedział chłodno.
Ah Protestancka cześć kraju-przypomniały jej się lekcje geografii z lady Knihn.
-Jest Pan protestantem?-Zapytała zdziwiona tym, że jej ojciec mógł wyznaczyć mu tak ważne miejsce w radzie mimo jego wyznań religijnych.
Zauważyła jak Maria spogląda na nią ze złością. Czy uczyniła coś złego zadając takie pytanie? Oczywiście, że nie!
Była nastepczynią tronu Francji i na litość boską musiała im to udowodnić.
Jeszcze dziś rano sama nie mogła w to uwierzyć, a teraz zdała sobie sprawę, że jest jedną z osób, które podejmują decyzję za niewinnych ludzi.
(Być może było to również spowodowane tym co powiedziała Victoria.)
Ludzie walczyli i gineli dla niej, musiała im się jakoś odwdzięczyć.
Może nawet zdobędzie dla nich Anglie..gdyby tylko miała tyle wdzięku co Samanta.
-Owszem-Lord Leith przyznał się do tego bez większego skrępowania.
-Jednak ojciec wybrał Pana na  zastępcę..dlaczego?-zapytała, spoglądając na jego wyraz twarzy.
Nie był zaskoczony jej pytaniami ale zadowolony raczej też nie.
-Bello..to nie pora..-nie dane było dokończyć Marii gdyż dziedziczka ruchem dłoni rozkazała jej się uciszyć.
-Ojciec panienki ufa mi-rzekł z przekonaniem. Czarnowłosa omal się nie zakrztusiła powietrzem.
-Co pan uczyni gdy ojciec zejdzie z tronu a ja zostanę królową..sądzi Pan, że ja również podtrzymam protestanckiego szlachcica na tak wysokim statusie?-Ich rozmowa rozkwitała.
-Nie każdy protestant jest zły, jednak panienka nie potrafi tego zauważyć-jego głos przybrał zdenerwowaną barwę głosu-A to co wasza miłość ma zamiar ze mną uczynić później...
Nie zaprzeczyła ale przerwała mu.
-Ma Pan rację-przyznała-Być może dlatego,  że nie poznałam żadnego, który nie chciałby wytępić całej linii Lovelace.
-Sądzi panienka, że mógłbym chcieć panią zabić-prychnął-Nie sądzi wasza wysokość,  że to dość absurdalne?
-Oh Panie Leith nie mam pojęcia jakie ma Pan zamiary, jednak jest coś przez co mój ojciec ufa Panu, więc być może i ja powinnam-i zaskoczyła wszystkich.
Panicz Leith uśmiechnął się lekko.
Mimo, że ten uśmiech trwał kilka sekund księżniczka ucieszyła się wiedząc, że zyskała kolejnego sprzymierzeńca.
Odwróciła wzrok kiedy on spoglądał na nią tak jak zawsze.
A Maria i Samanta nie mogły robić nic innego jak siedzieć i przysłuchiwać się ich rozmowie.
                                  
                                ~***~
                          
Zatrzymali się z prośby dziedziczki.
Gdy Anabell wyszła z powozu poczuła ogromną ulgę.
Przed chwilą było jej tak niedobrze, że niemal zwymiotowałaby na Marie.
-Co się dzieje?-zapytała zatroskana Samanta kładąc swą dłoń na jej ramię.
Czarnowłosa spojrzała na nią.
-Nie mogę jechać dalej, jest mi niedobrze-oznajmiła przyciskając ręce do brzucha.
-To pewnie przez stres-zaproponowała Maria.
Księżniczka przewróciła oczami.
-Do 100 diabłów jaki stres-zaczeła Anabella- Na pewno nie stresuje się przed spotkaniem z tym księciuniem.
-Wasza wysokość sądzę, że nie jest to najlepsze określenie mężczyzny o statusie równym twemu.
Dziewczyna przewróciła oczami i mrukneła:
-Ja przynajmniej nie upadłam tak nisko aby urządzać jakieś eliminacje.
Lord Leith mimo użycia tak sprecyzowanych słów powstrzymywał się od śmiechu.
Ta dziewczyna ma charakter-myślał sobie.
Jednak widząc stan dziewczyny przejął się.
Podszedł do reszty strażników.
-Rozłużcie namioty i znajdzcie drewno na opał-mówiąc to zerknął jeszcze raz w stronę dziedziczki i jej dam dworu.-Zostaniemy tu na noc, a o świcie ruszymy.
-Tak jest-odparli strażnicy.




Dziewczęta siedziały w karocy opatulone ciepłym kocem.
Wysokie drzewa zasłaniały niebo ale małe promyki księżyca przebijały się przez warstwy liści.
Maria i Samanta spały, za to czarnowłosa nie mogła. Postanowiła się przejść.
Wyszła z powozu zeskakując na ziemie. 
-Potrzeba Ci czegoś wasza wysokość?-spytał jeden ze strażników.
-Nie, niedługo wróce-rzekła jedynie.

Szwędała się pomiędzy drzewami a krzakami gdy usłyszała trzask łamanej gałęzi.
Wystraszyła się ale zaczeła krzyczeć jak głupia:
-Kto tam jest?! Ostrzegam mam broń!
I jeśli paznokcie zaliczały się to broni to rzeczywiście ją miała...naiwne.
-Spokojnie to tylko ja-powiedział lord Leith.-Nie powinnaś się oddalać.
Spojrzła na niego łagodnie.
-A ty nie powinieneś mnie śledzić-odrzekła jedynie poprawiając suknie.
-Jak bym śmiał wasza miłość, nie śledziłem cię-zaprzeczał z nikłym uśmiechem.
-Czyżby?-zachichotała.
-Nie śmiałbym-dodał patrząc w jej oczy.
-Wracajmy zatem-wymineła go i ruszyła w stronę powozu.
-Wiem co czujesz pani-stwierdził cicho.-Przeżywałem kiedyś to samo.
Spojrzałą na niego zdziwiona.
-Też musiałeś ubiegać o serce angielskiego dziedzica?-zapytała wykrzywiając usta w uśmiechu.
-Oczywiście, że nie..mój ojciec zawarł pakt małżeństwa z węgierską księżniczką tuż po moich narodzinach.
I nawet gdybym chciał nie mogę zerwać umowy. 
Jego barwa głosu stała się chłodna.
-Poznałeś ją chociaż?-spytała, mijając drzewo.
-Nie-powiedział jakby nigdy nic.
-To przykre-stwierdziła Anabella.
-Być może-przyznał obojętnie.
A Anabell zdała sobie sprawę, że jej los mógł być dużo gorszy.
Że jej ojciec mógł zawrzeć sojusz z jakimś oblechem, na którego nie mogłaby nawet spojrzeć.
Jednak akurat w tej rzeczy szczęście jej dopisało.
                                 

3 komentarze:

  1. Jestem tu pierwszy raz i już wiem,że polubię główną bohaterkę. Piszesz bardzo ciekawie. Naprawdę nie mogłam się oderwać!
    Pozdrowienia
    Silie

    OdpowiedzUsuń
  2. Nominuję cię do LBA!
    http://szept-cieni-forever.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń